Wpisy

  • poniedziałek, 08 czerwca 2015
  • sobota, 02 maja 2015
  • sobota, 24 stycznia 2015
    • Dotyk Anioła

      W czwartek w TVP był film „Dotyk Anioła” o Holocauście. Zawsze wtedy wraca wtedy refleksja, że jestem artefaktem historii. To co wspominałam wcześniej w moich korzeniach istnieją dwie religie, kilka wyznań. Moi rodzice nie mieli prawa, gdyby nie druga wojna światowa światowa, nie mieli prawa się spotkać. Za taką cenę nie miałam prawa się urodzić. Nie za taka cenę. Zbyt często to uczucie, gdy czytam o Holokauście mi towarzyszy. Odczuwam, też silną winę, że otworzyłam się na Chrześcijaństwo, z serca, świadomie. Ktoś kiedyś napisał Religia Mojżeszowa jest religią prawa a Chrześcijaństwo religią miłości. Pocieszam się, że Bóg jest ten sam. On wie … Nastąpiło to wtedy, gdy zaakceptowałam siebie (pisałam o tym) ale to trochę, jakbym się wyparła wszystkich którzy zginęli w Holocauście. Te myśli, zbyt często mnie nachodzą. Film powtórzą w TVP Kultura w najbliższy czwartek – polecam. Jest inny niż inne podobne filmy. Przerażajaco smutny, mistyczny, magiczny i równocześnie bardzo czysty.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Dotyk Anioła”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      sobota, 24 stycznia 2015 17:38
  • wtorek, 11 listopada 2014
    • Film "Wypisz, wymaluj miłość" rez. Fred Schepisi (aktualny wpis)

      (...)

      Obejrzałyśmy film  "Wypisz, wymaluj miłość" z Juliet Binoche. Oczekiwałam więcej, nie zostawił śladu, nawet nie poruszył jakiejś wewnętrznej struny. Wydaje mi się, że scenariusz zawierał wszystko, szkoła, relacje między nauczycielem i uczniami, (pamiętacie film "Stowarzyszenie umarłych poetów" ?), między nauczycielami, ich słabości, podjęcie trudnej walki z samym/ z samą sobą, z własnymi ograniczeniami, w tle rozwijająca się miłość ! To był moim zdaniem materiał, na wybitny film, a podano nam "mdłe ciasteczko". Nie polecam

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 listopada 2014 10:08
    • Film "W lepszym świecie" reż. Suzane Bier wpis ze stycznia 2012

      

      

      Który świat jest lepszy ?





      Czy ten z obozami uchodźców gdzieś w Afryce, z grasującymi bojówkami, czy może ten nasz z domkami, wystrzyżoną trawą o którym mówimy cywilizowany.





      A może to  przyjęte reguły, zasady - cała otoczka współczesnej cywilizacji, powodują, że żyjemy w lepszym świecie ?





      Nie ma bardziej błędnego założenia. Obojętnie czy to będzie Somalia, Sudan, Dania czy Szwajcaria, to od nas, naszych emocji zależy w jakim świecie będziemy żyć.

      Łatwo mówić o ideałach zasadach gdy wszystko wydaje się być pod kontrolą.



      Ale tak nie jest los czasami wyciąga  dla nas kartę "sprawdzam". Gdy spotyka nas, bądź bliskie nam osoby krzywda, wtedy zdajemy sobie, jak  trudno jest się pogodzić ze strata, a jeszcze trudniej gdy znamy winowajce,  zrezygnować  ze  złości, z  chęci zemsty. 

      Ale zemsta nas nie uzdrowi, wchodząc w spirale agresji, rewanżu wikłamy się coraz bardziej. Tworzymy własny emocjonalny Darfur.





      Sw. Augustyn napisał  - ze należy przebaczać, gdyż gromadząc nienawiść w sercu giniemy.

      Napisane tak dawno temu, a jakie nadal aktualne ...

      Rezygnując z zemsty, wybaczając krzywdy obojętnie czy prawdziwe, czy wyimaginowanie chronimy siebie dając szanse "lepszemu światu" 



      Dzisiaj obejrzany "W lepszym świecie" Suzane Bier

       









       
























      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 listopada 2014 09:05
    • Film "Rozstanie" rze. Asgar Farhadi (wpis z marca 2012)


      



      "Rozstanie" film który obejrze na pewno po raz kolejny.

       

       

      W zasadzie jedno to zdanie mozna uznac za wystarczajaca recenzję tego filmu.

       

       

      Filmy po prostu słabe - albo oglada sie raz, czasami nawet przerywa się  ogladanie w trakcie filmu.

       

       

      Fascynujaca jest, w filmie,  mozliwosc obserwowania współczesnych realiów Iranu.

       

       

      Gadzety wspólczesnosci te same - samochody, telefony, mieszkania - podobne. Problemy niby również podobne.  Gonitwa w pracy, trudne relacje miedzy partnerami - rózne oczekiwania, koniecznosc opieki nad zniedołezniałym rodzicem, opieka nad dzieckiem, brak pracy, dorabianie do domowego budzetu.

       

       

      Skad my to znamy. Jakze czesto nasze krajowe, codzienne problemy są identyczne jak w Iranie.

       

       

      Ale obrazy z tasmy filmu - nie kłamią. Roznice widzimy poczatkowo wizualnie to Iran nie Europa.

       

       

      Gdy jedna z bohaterek dzwoni aby uzyskać konsultacje religijną czy może ...  widzimy, ze gadzety wspólczesnosci sa pozorami , to całkiem inny świat.

       

       

      Gdy okazuje sie, ze kobieta zeby podjac pracę musi miec zgodę meża - wiemy wszystko.

       

       

      Nie wiemy, jak kobiety akceptuja swoją rolę, zależnosc od meskiej połowy społeczeństwa. Mozemy sie domyslać, gdy  juz na samym poczatku gdy jedna z bohaterek chce wyjechać z Iranu, chce lepszego życia. 

       

       

      Stopniowo obserwujemy narastanie tragedii. Brak komunikacji, zwykłe ludzkie zatrzeczewienie , nie sluchanie drugiej osoby musi prowadzic do dramatu.

       

       

      Wygrywa kobiecosc - empatia, rozmowa, wrazliwosc .

       

       

      Nie , niestety nie wygrywa, kobiet w tym kraju się nie słucha.

       

       

      Tak naprawde to jest twardy brutalny meski  swiat, gdzie liczy sie siła. Tak tez zachowują sie mezczyzniw  tym filmie.

       

       

      Jeszcze widzimy w tym filmie dzieci - najbardziej przegrane ...

       

       

      Nie wiem, nie potrafię ocenic czy "Rozstanie" powinno, albo nie powinno otrzymac Oscara. Ale czy to aż tak istotne.

       

       

      Nie jest to film dla mnie "hiper-rewelacyjny,  moge spokojnie wymienić kilkanascie tytułow filmów które uwazam za lepsze.

       

       

      Ale obejrze go kolejny raz.... , wiec warty obejrzenia na pewno


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 listopada 2014 08:50
  • poniedziałek, 10 listopada 2014
    • Kino Jabłko Adama luty 2012

      

      Gdyby ten film był produkowany w Polsce, to widzę tylko jednego rezysera, który taki film potrafilby nakrecic, byłby nim Jan Jakub Kolski.

       

       

      Osoby które znaja jego filmy, mogą sobie wyobrazic co moga sie spodziewac po tej dunskiej produkcji "Jabłko Adama"

       

       

      Film niejasny, chwilami rozsmieszajacy do zywego, czasami zmuszajacy do reflekscji, tragiczny.

       

       

      Bohaterzy albo oberwali wielokrotnie od zycia, albo sami realizuja scenariusz nie zgodny z dekalogiem.

       

       

      Nie wiemy, dlaczego czasami nasze wybory podazaja tak kretymi drogami, widzimy tylko czesc rzeczywistosci, nie znamy finału, zresztą kazdy finał jest czegoś początkiem.

       

       

      Czy "zaklinajac" rzeczywistosć, nie zauwazajac tzw "twardych faktów" jestesmy głupcami ? A moze to wlaśnie ci "głupcy" widzą więcej, a my patrzac realistycznie na świat, tak naprawde zakładamy "klapki na oczy". 

       

       

      Swietny film, swietnie zagrany aktorsko polecam 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 21:33
    • Kino Jabłko Adama luty 2012

      

      Gdyby ten film był produkowany w Polsce, to widzę tylko jednego rezysera, który taki film potrafilby nakrecic, byłby nim Jan Jakub Kolski.

       

       

      Osoby które znaja jego filmy, mogą sobie wyobrazic co moga sie spodziewac po tej dunskiej produkcji "Jabłko Adama"

       

       

      Film niejasny, chwilami rozsmieszajacy do zywego, czasami zmuszajacy do reflekscji, tragiczny.

       

       

      Bohaterzy albo oberwali wielokrotnie od zycia, albo sami realizuja scenariusz nie zgodny z dekalogiem.

       

       

      Nie wiemy, dlaczego czasami nasze wybory podazaja tak kretymi drogami, widzimy tylko czesc rzeczywistosci, nie znamy finału, zresztą kazdy finał jest czegoś początkiem.

       

       

      Czy "zaklinajac" rzeczywistosć, nie zauwazajac tzw "twardych faktów" jestesmy głupcami ? A moze to wlaśnie ci "głupcy" widzą więcej, a my patrzac realistycznie na świat, tak naprawde zakładamy "klapki na oczy". 

       

       

      Swietny film, swietnie zagrany aktorsko polecam 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 21:33
    • Film "Once" - Nakręcony, by się nim delektować (maj 2012)

      Once rez.John Carney

      Sa filmy, które trudno opisać. Ich przekaz działa na kilka zmysłów równoczesnie.

      Przekaz werbalny to co widzimy - wprost , to co słyszymy, filmowi towarzyszy nastrojowa, przepiękna muzyka - jest istotne

      Ale gdy już wszystkie odbierane sygnały wzrokowe, sluchowe  dotrą, poprzez receptory, nerwy  do  ośrodkowego układu nerwowego  czasami tworzy się nowa jakość - całkowicie niewerbalna. Niektóre   filmy  odbieramy niewerbalnie - czujemy je  całą swoją duszą.

      Takim filmem, poleconym mi przez M. jest Irlandzki film "Once".

      Piękna historia, niebanalne zakończenie. Cudowna muzyka, nadająca opowiedzianej historii odpowiedni, spokojny  rytm.

      Reklama tego filmu, moim zdaniem, powinna brzmieć "Nakrecony, by się nim delektować ! "

      Dodam - nie raz !


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 21:21
    • „Ida” Reżyseria Paweł Pawlikowski - tekst napisany w kwietniu 2014 roku

      Lecę do Tel Avivu. Jeszcze miesiąc temu nie miałam tego w planach. Cóż u mnie tak chyba często. Sama siebie zaskakuję.



      Lot jest dość długi, wybrałam kilka filmów losowo, do obejrzenia, Po starcie, zakładam słuchawki , do laptopa wkładam płytę z filmem Ida. Przypadek ? Jakoś ostatnio nie wierzę w przypadki. Coś ma jakiś sens, nie wiedziałam, czego dotyczy ten film, wiedziałam, ze warty obejrzenia.



      Co wiemy o swoich korzeniach, co nas warunkuje, co pragniemy. Dlaczego dobry człowiek, zamienia się nagle w kata, ze strachu o bliskich, a może z chęci rabunku, jeśli to drugie to dlaczego wcześniej pomagał, ryzykując wszystko ? Film nie daje odpowiedzi. Dlaczego ofiara, staje się katem ? Jeśli z czegoś rezygnujemy, to może warto wiedzieć z czego ? Wiele pytań, w rytmie muzyki John Coltrane, Jana Sebastiana Bacha, jednak nie tylko. Polska lat 60 -tych, muzyka z tych czasów. Pięknie pokazana Polska. Lubie estetykę tych lat. Śpiewa Karin Stanek. Znowu szukam zbieżności, mieszkałam sporo czasu w Bytomiu, mieszkała w nim również jakiś czas Karin Stanek. Rudy Rudy Rydz. Nieistotne. Teraz w miejscu gdzie mieszkała jest Bar, którego właścicielka kolekcjonuje, ślady, zdjęcia. Dlaczego o tym piszę, tu i teraz ? Nie wiem. Może dlatego, że wszędzie szukam jakiegoś związku, przyczyny. Wszystko ma swoje miejsce, czas, ruch wynika „z ruchu skrzydeł motyla”, nawet przypadek.


      Tak dokładnie o tym myślę „Efekt motyla”.

      Film obejrzany właśnie teraz, ale oczywiście nie „Efekt Motyla” Tylko „Ida”

      Przerywam

      Pól godziny temu, pilot, powiedział, że lecimy na wysokości chyba, jak dobrze usłyszałam 11 tys. metrów. Byliśmy nad Istambułem. Nigdy tam nie byłam. Może kiedyś tam polecę, a może wcale ? Przyszłość może już zapisana, wynikająca, z kolejnych wcześniejszych zdarzeń, wyborów, które są konsekwencją jeszcze wcześniejszych wyborów, itd. … . Tylko co z teorią kwantową, zasadą nieoznaczoności ? Sama sobie przeczę.

      Słońce zachodzi, chmury widziane z lotu ptaka, zabarwione barwą wrzosu. Słucham muzyki, mojej ulubionej . Leonard Cohen, ukochana Lorrena Mc Kennit.

      Zapisuję sobie te fragment rzeczywistości, tak jak dojrzany teraz wschodzący księżyc w pełni, ale nie ma koloru purpury, nie ten czas, nie te miejscy, ktoś inny może teraz, może trochę później,  ze względu na inną strefę czasową, będzie to oglądał.

      Film obejrzany teraz, wracam myślami do poprzedniej podróży do Izraela , to było tak dawno, ale wtedy to nie była wycieczka, to była podróż. Wiele miejsc, wiele spotkań, może więcej napiszę, później. Teraz po filmie myślę o rozmowie z człowiekiem, kiedyś spotkanym w Jerozolimie, którego, bliska osoba zginęła w pogromie kieleckim. Znałam też człowieka który całą wojnę, , ukrywał we własnym mieszkaniu, dwóch Żydów, ryzykując wiele, zresztą ryzykował, podwójnie, jego żona miała pochodzenie żydowskie, na szczęście naziści o tym nie wiedzieli. Duża tajemnica, trudne wybory, ciekawa historia, dowiedziałam się o tej historii, bardzo późno. Wielka tajemnica. Zresztą to była wielka miłość, bardzo trudna, pokonująca wiele barier. Miłość, jakich jest nie wiele.

      Pisałam ze wyjazd ten w przeszłości, był podróżą, wspomnę tylko o mojej wizycie w jednym z kibuców niedaleko wzgórz Golan, członkowie tej wspólnoty byli wegetarianami, może wtedy właśnie, zaszczepili jakieś ziarenko we mnie, co wiele, wiele lat później zaowocowało, że sama dojrzałam do wegetarianizmu. Nie wiemy, co nas wpływa. Oczywiście, to tylko był mały kamyk, do moich wyborów, ale być może pierwszy …

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 01:03
    • Jeden dzień – reż. Lone Scherfig tekst napisany w kwietniu 2014

      Obejrzałam piękny film, wczoraj nagrany dzisiaj sobotnim wieczorem obejrzany.

       

      Gdy piszę ten tekst w tle leci cudowny fragment ścieżki dźwiękowej „We had today” Rachel Portman.

       

      W tym roku niewątpliwie najpiękniejszy film jaki widziałam. Wyjątkowo zniuansowany, inteligentne lecz proste dialogi, opowieść o miłości, o mijaniu, o przemijaniu … Wspaniała subtelna gra Anne Hathaway. W tle głównie, mój ukochany Londyn. Obejrzę ten film pewno nie raz.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 01:01
    • KSIĄŻKA "Delikatność" oraz "Nasze rozstania" autor David Foenkinos (styczeń 2013)

      David Foenkinos - polecam tego autora.

      Wczoraj przeczytałam , wcześniej "Nasze rozstania" . W lutym wychodzi kolejna ksiązka - juz na nią czekam.

      Z ostatniej ksiażki, którą czytałam tego autora zapamiętałam dwie mądrości

      - "Czasami spotykamy wspaniałych ludzi, ale w nieodpowiednim czasie, czasami spotykamy ludzi w  odpowiednim czasie i dlatego sa wspaniali"

      - Alkohol w związku towarzyszy na początku miłości gdy spotykamy się, chcemy nabrać odwagi, w rozmowie oraz na koniec związku, gdy już nic nie pozostało sobie do powiedzenia

      Ciepła, przyjazna ksiązka, o milości i delikatności.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „KSIĄŻKA "Delikatność" oraz "Nasze rozstania" autor David Foenkinos (styczeń 2013)”
      Tagi:
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 00:59
    • FILM „Niemożliwe”

      Żyjemy bezpiecznie.

      XXI wiek

      Unia Europejska

      Wszystko co możliwe jest regulowane, odpowiednimi przepisami, zarządzeniami.

      Teraźniejszość nasza uporządkowana. Planujemy naszą codzienną przyszłość. Naszą pracę, kolejny urlop.

      Jednak to złudzenie.

      W tragiczny sposób przekonały się o tym ofiary tragedii tsunami,  spędzające  urlop w tzw.  "raju"

      Podzielę się moimi refleksjami, powstałymi w trakcje projekcji filmu "Niemożliwe"  

      Są to wyłącznie przemyślenia, nie mam gwarancji, czy w godzinie próby, zachowałabym się odpowiednio.

      Oczywiście, obym nigdy nie miała okazji sprawdzić siebie - jak będę wtedy...

      Mój ulubiony cytat,  wielokrotnie, zresztą, przytaczany brzmi - "znamy się na tyle ile nas sprawdzono"

      Niech, więc tak zostanie

       Zastanawiam się, co należy zrobić, gdy spotyka nas niewyobrażalne nieszczęście, jak się podnieść, jak nie ulec panice, jak nie czuć złości do wszystkich - "im się udało, dlaczego mnie to spotkało a ich nie, nigdy nie zrozumieją ... itp.",  jak nie żyć  z poczuciem żalu, pretensji do całego świata.

      Trudno mi potwierdzić, czy ta historia jest prawdziwa, ale Gerard Depardieu w dniu w którym stracił dziecko, wieczorem zagrał w spektaklu jak zwykle. Taką informację przeczytałam, kiedyś w sieci.

      Róbmy to co do nas należy na złość złym sprawom które nas doświadczają, nasze zobowiązania należy dotrzymywać. One nas określają

      W filmie kilkunastoletni bohater "na samym dnie rozpaczy" pomaga innym, odnaleźć się w tym chaosie, chociaż ma  świadomość, że dwójka jego braci oraz ojciec prawdopodobnie nie żyją, a mama w ciężkim stanie, w szpitalu walczy o życie.

      Tak, pomoc innym. Oddanie drugiej osobie to co w nas jest najlepsze, może być  szczepionka przed "utonięciem w emocjonalnym piekle" powstałym w naszych umysłach, z nieszczęścia które  nas spotkało, czy spotyka.   Ochroną przed złością do całego świata,  przed  uczuciem krzywdy czy innym negatywnym emocjom. 

      Dając innymi czas, uczucia emocje, ludzie zwracają nam tym samym.  Nie jesteśmy same, sami 

      Wspominałam, już o tym, bliscy znajomi po stracie ich jedynego syna, adoptowali dwie dziewczynki, w tym jedną poważnie chorą. To są ich ukochane córeczki. 

      Ochronili swój związek, odnaleźli przyszłość.  

      Dając innymi, to co w nas najlepsze, na przekór złu które nas spotyka chronimy najbardziej siebie. 

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 00:58
    • KSIĄŻKA "W kraju niewidzialnych kobiet"Ahmed Quanta A. (luty 2013)

      Przeczytałam świetną książę z  tzw.  literatury faktu "W kraju niewidzialnych kobiet"  autorka Ahmed Quanta A. wykształcona lekarka, muzułmanka, nowoczesna, współczesna kobieta, jedzie na kontrakt do Arabii Saudyjskiej.  Bardzo dobra literatura, należy przeczytać Przy okazji warto spojrzeć, na siebie, na nasze ograniczenia. Mam na myśli, pewnego rodzaju mentalność, która dotyczy wielu miejsc świata nie tylko Arabii Saudyjskiej, Iranu, ale niestety  również i innych krajów  w tym Polski. Mentalność, w którym, ktoś, swoje poglądy, ograniczenia mentalne, stara się narzucić innym. Stara się zmusić do noszenia  "mentalnej abaji czy nigabu" bo narusza to jego np. "poczucie estetyki"

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 00:57
    • Adaptacje filmowe powieści Gabriela Garcia Marquez (luty 2014)

      O miłości i innych demonach”

      Rzecz o mych smutnych dziwkach”

      Miłość w czasach zarazy”



      Wczorajszy dzień spokojny, po śniadaniu, obejrzane dwa filmy



      Jeden na podstawie opowieści Gabriela Garcia Marqueza „Rzecz o mych smutnych dziwkach”, opowieść w powolnym rytmie życia dziewięćdziesięcioletniego starca. Starca ? Banałem, jest stwierdzenie, że nie ważna metryka, tylko to co się ma w głowie. Dlatego bohater dorasta, zakochuje się w młodej dziewczynie, dorasta, wreszcie potrafi wziąć odpowiedzialność za drugą osobę. Odpowiedzialność przed którą uciekał całe życie, wolał płacić za „miłość”. Dorasta w wieku dziewięćdziesięciu lat... Cóż prawdziwa miłość wymaga dojrzałości, umiejętności wzięcia odpowiedzialności za drugą osobę również, nie rezygnacji z siebie, ale wzięcia odpowiedzialności … . Czasami, trudno, bardzo trudno to pogodzić, coś wiem o tym. Podobała mi się atmosfera tego filmu, aczkolwiek od razu wspominam, jeden z najpiękniejszych filmów jaki widziałam, a jest nią adaptacją książki Gabriela Garcia Marqueza „Miłość w czasach zarazy” . Znacznie lepszy, ale oba filmy warto obejrzeć.

      (...)


      W ten weekend dominuje Gabriel Garcia Marquez, kolejny film obejrzany „O miłości i innych demonach”. Zachwycił mnie.

      Prawie dokładnie, co rzadko się zdarza, pamiętam kiedy czytałam tą książkę Gabriela Garcia Marqueza, , ale też moment był szczególny. Było to w Warszawie, w jakiś knajpkach późnym wieczorem, przy ciastku, herbacie chyba, gdy wracałam ze szpitala, gdy M. była operacji w Instytucie Onkologii. Trochę czasu minęło. Ile rożnych zdarzeń, w tym niestety tragicznych mnie dotknęło.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 00:55
    • Josel Rakower mówi do Boga" (kwiecień 2013) tekst skopiowany

       

      Tekst ten mnie poraził ... smutny i przepiekny … ( straszny – należałoby dopisać )

      Robie wyjatek i go udostepniam (mam nadzieję, że nikt się nie obrazi, że go skopiowałam i wkleiłam.



      "Josel Rakower mówi do Boga" – wstrząsające zapiski Żyda z Getta Warszawskiego

      "Wierzę w Boga Izraela, chociaż uczynił On wszystko, abym w Niego przestał wierzyć. Wierzę w Jego prawo, choć Jego czyny uważam za bezprawne" - czytamy we wstrząsającym tekście pt. "Josel Rakower mówi do Boga" autorstwa Zvi Kolitza. Ma on formę modlitwy spisanej przez żydowskiego powstańca, który umiera w ruinach płonącego domu, podczas powstania w warszawskim getcie w 1943 r. Tekst opublikowano w 1946 r., w małym piśmie żydowskim, w języku jidisz "Di Jidisze Cajtung" w Buenos Aires. Przypominamy go z okazji okazji 70. rocznicy Powstania w Getcie Warszawskim, która przypada 19 kwietnia.
      Oto pełny tekst:

      Warszawa, 28 kwietnia 1943

      Ja, Josel, syn Josela Rakowera z Tarnopola, gorliwy naśladowca rabiego z Góry Kalwarii i potomek wielkich cadyków z rodu Rakowerów i Meiselów, piszę te słowa, patrząc na stojące w płomieniach warszawskie getto; dom, w którym przebywam, jest jednym z ostatnich, które jeszcze nie płoną. Już od kilku godzin znajdujemy się pod obstrzałem artylerii, a dookoła nas walą się mury; niebawem i ten dom, jak niemal wszystkie domy getta, stanie się grobem dla swych mieszkańców i obrońców. Czerwone płomienie słońca, które przez małe, zamurowane do połowy okno wpadają do mego pokoju – pokoju, z którego dniem i nocą strzelałem do nieprzyjaciela – mówią mi, że zbliża się wieczór. Słońce nie może wiedzieć, jak bardzo jest mi to obojętne, że nie będę widział jego wschodu. Stało się z nami coś dziwnego: wszystkie nasze pojęcia i uczucia uległy przeobrażeniu. Nagła śmierć, która nas zaskakuje, wydaje się wybawicielką, wyzwolicielką zrywającą okowy. Kocham bardzo zwierzęta leśne, dlatego odczuwam bolesną gorycz, gdy do nich przyrównuje się szalejących dziś w Europie złoczyńców. To nieprawda, że Hitler ma w sobie coś zwierzęcego; jest on typowym dzieckiem współczesnej ludzkości – to moje najgłębsze przekonanie. Ta ludzkość go zrodziła i ukształtowała; jest on jawnym wyrazem jej głęboko ukrytych pragnień.

      Miliony ludzi w tym wielkim świecie (zakochanych w słońcu, świetle i dniu) nie mają pojęcia, ile ciemności i nieszczęścia niosło nam słońce. Stało się ono narzędziem w rękach zbrodniarzy; promieni jego użyto jako reflektorów, aby oświetlić ślady tych, którzy szukali ratunku przed prześladowcami. Kiedy z żoną i sześciorgiem moich dzieci ukryłem się w lasach, wówczas noc, tylko noc ukryła nas w swym łonie; dzień wydał nas tym, którzy szukali naszych dusz. Nigdy nie zapomnę gradu niemieckich kul, które spadły na tysiące uciekinierów na szosie z Grodna do Warszawy – razem ze słońcem pojawiły się na niebie samoloty, zabijając nas i mordując. W tej rzezi zginęła moja żona z siedmiomiesięcznym dzieckiem na ręku. Tego dnia znikło mi z oczu dwoje z moich pozostałych pięciorga ukochanych dzieci, Dawid i Jehuda. Jeden miał cztery latka, drugi sześć. O zachodzie słońca ci, którzy przeżyli, poszli dalej drogą w kierunku Warszawy; ja jednak z trojgiem dzieci, które mi jeszcze pozostały, błąkałem się wokół pobojowiska, szukając tamtych, zaginionych. Przez całą noc głosy nasze jak noże przecinały martwą ciszę: Dawid! Jehuda! Ale tylko bezradne echo, rozdzierające serce, odpowiadało na nasze wołania, jak na modlitwę za umarłych. Nigdy już więcej nie ujrzałem moich małych chłopców – tylko we śnie prosili mnie, abym ich dalej nie szukał, bo znajdują się w ręku Boga.

      Reszta dzieci zginęła w warszawskim getcie. Rachela, moja dziesięcioletnia córeczka, słyszała, że niekiedy w śmietnikach po tamtej stronie muru można znaleźć resztki chleba. W getcie panował już głód; ci, którzy z głodu zmarli, leżeli na ulicach jak śmieci. Ludzie w getcie byli przygotowani na każdą śmierć – z wyjątkiem śmierci głodowej; widocznie w człowieku, kiedy wszystkie inne potrzeby już wygasną, jako ostatni popęd pozostaje jeszcze głód, nawet gdy człowiek pragnie śmierci.

      Rachela opowiedziała mi o swoim planie wymknięcia się z getta – za to przestępstwo karano śmiercią. Ruszyły w niebezpieczną drogę we dwie, Rachela i jej jedenastoletnia przyjaciółka. Wyszły z domu pod osłoną nocy; o wschodzie słońca odkryto je poza murami getta. Gromada złoczyńców urządziła polowanie na dwie małe, zagłodzone dziewczynki. Nie mogły biec prędko – jedna z nich, moja córka, upadła wyczerpana na ziemię. Hitlerowcy przebili jej główkę bagnetami.

      Piąte z moich dzieci, trzynastoletni Jakub, zmarło na gruźlicę w dniu swej konfirmacji – bar micwy. Śmierć była dla niego wybawieniem. Ostatnie moje dziecko, piętnastoletnia córka Chawa, zginęło w czasie „akcji dziecięcej” (Kinderaktion), która rozpoczęła się o wschodzie słońca w dniu Rosz ha-Szana – w Nowy Rok – i zakończyła się o zachodzie. Tego dnia setki żydowskich rodzin straciły swoje dzieci.

      Teraz nadeszła moja godzina. Jak Job mogę powiedzieć o sobie – nie tylko ja jeden – nagiego mnie matka zrodziła i nagi powrócę do ziemi. Mam teraz czterdzieści trzy lata i twierdzę – jeśli człowiek w ogóle może coś z pewnością twierdzić – miałem wspaniałe życie. Moje życie pobłogosławione było szczęściem, ale ja nie stałem się przez to pyszny. Dom mój otwarty był dla każdego potrzebującego i byłem szczęśliwy, gdy mogłem komuś usłużyć. Służyłem Bogu z gorącym oddaniem i tylko o jedno Go prosiłem: abym mógł służyć Mu „z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił”. Po wszystkim, co przeżyłem, nie mogę twierdzić, że to moje nastawienie pozostało niezmienione. Ale z całą pewnością mogę powiedzieć, że moja wiara w Niego nie zmieniła się ani o włos. Dawniej, gdy powodziło mi się dobrze, mój stosunek do Niego był stosunkiem do Kogoś, Kto obdarzał mnie łaską, czyim dłużnikiem byłem zawsze. Teraz jest to stosunek do Kogoś, Kto i mnie jest coś dłużny. Dlatego wydaje mi się, że mam prawo Go upomnieć; nie żądam jednak jak Job, aby Bóg wskazał palcem na mój grzech, abym wiedział, czym zasłużyłem na karę. Więksi i lepsi ode mnie są zdania, że to, co się teraz dzieje, to już nie kara za grzechy. Świat przeżywa coś niezwykłego – czas, kiedy Wszechmocny odwraca oblicze od modlących się.

      Bóg zasłonił swe oblicze przed światem. Dlatego ludzie pozostawieni są swoim dzikim popędom. Myślę więc, że jest rzeczą zupełnie naturalną, iż gdy popędy rządzą światem, pierwszymi ofiarami muszą być ci, w których żyje to, co boskie i czyste. Nie jest to pociecha, ale jeśli los naszego narodu wyznaczają nie ziemskie, lecz pozaziemskie prawa, duchowe i boskie, to wierni muszą widzieć w tych wydarzeniach część wielkiego boskiego planu, wobec którego ludzkie tragedie tracą znaczenie. Nie znaczy to jednak, że pobożny Żyd przyjmuje wyrok taki, jaki jest, i mówi: „Bóg ma słuszność, Jego wyrok jest sprawiedliwy”. Mówić, że zasługujemy na ciosy, które na nas spadają, oznaczałoby lekceważyć samych siebie i nisko cenić Imię Boże.

      Skoro tak jest, nie oczekuję żadnego cudu i nie błagam mego Boga, aby miał litość nade mną. Niech okaże mi tę samą obojętność, jaką okazał wobec milionów innych ze Swego ludu. Nie jestem żadnym wyjątkiem i nie oczekuję, że będzie miał do mnie jakiś szczególny stosunek. Nie będę próbował się ratować i nie ucieknę stąd. Aby ułatwić pracę, obleję ubranie benzyną – pozostały mi jeszcze trzy butelki z tych dziesiątków, które wylewałem mordercom na głowy. Są mi tak drogie, jak pijakowi wino. Kiedy wyleję na siebie ostatnią butelkę, włożę do niej te kartki. Butelkę ukryję w cegłach zamurowanego okna. Jeśli ktoś znajdzie te kartki i je przeczyta, być może zrozumie uczucia Żyda, jednego z milionów, który zmarł opuszczony przez Boga, w którego tak bardzo wierzył.

      Gdy zaczęło się powstanie, było nas w tym pokoju dwunastu; przez dziewięć dni walczyliśmy z wrogiem. Jedenastu moich towarzyszy padło. Umarli cicho. Cicho umarł nawet mały chłopiec, tak jak jego starsi koledzy. Stało się to dziś rano: chłopiec wspiął się na stos umarłych, aby spojrzeć przez na wpół zamurowane okno. Stał tak obok mnie przez kilka minut. Nagle upadł do tyłu, stoczył się ze stosu trupów i pozostał nieruchomy jak kamień. Między czarnymi lokami na jego małym, bladym czole widniała kropla krwi – kula przeszła przez głowę. Wczoraj rano, gdy nieprzyjaciel otworzył ogień na naszą twierdzę – jedną z ostatnich w getcie – żyli jeszcze wszyscy. Pięciu było rannych i dalej walczyło. W ciągu tych dwu dni polegli wszyscy. Stojąc na posterunku, padali jeden na drugiego, tak jak jeden po drugim obejmowali posterunek, dopóki ich kula nie dosięgła.


      Mam tylko te trzy butelki benzyny. Amunicja już się skończyła. Z trzech pięter nade mną strzelają jeszcze uparcie. Nie mogą mi jednak przysłać pomocy, ponieważ schody prawdopodobnie zostały rozbite przez artylerię; zdaje się, że dom niebawem runie. Pisząc te słowa, leżę na ziemi. Wokół leżą martwi towarzysze. Patrzę w ich martwe twarze i wydaje mi się, że uśmiechają się ironicznie, jakby chcieli powiedzieć: „Trochę cierpliwości, głupcze; jeszcze kilka minut i również dla ciebie wszystko będzie jasne”. Szczególnie drwiąca i ironiczna wydaje mi się twarzyczka małego chłopca, który jakby śpiąc, leży obok mojej prawej ręki. Jego małe usta zdają się uśmiechać. A mnie, który jeszcze żyję i czuję, i myślę jak człowiek żywy, wydaje się, że mnie wyśmiewa. Wyśmiewa mnie tym cichym i tyle mówiącym uśmiechem człowieka, który wiele wie i który mówi z człowiekiem niewiedzącym nic, lecz wmawiającym sobie, że wie wszystko. Ten chłopiec już wie – i wszystko jest dla niego jasne. Wie, dlaczego się urodził i dlaczego musiał tak wcześnie umrzeć; dlaczego musiał umrzeć, choć żył dopiero pięć lat. A jeśli tego nie wie, to wie przynajmniej, że wiedza lub niewiedza o tym jest absolutnie nieważna i bez znaczenia wobec Boskiej wspaniałości w tym lepszym świecie, w którym on się teraz znajduje – być może w ramionach swoich zamordowanych rodziców, do których powrócił. Za godzinę lub dwie ja też będę wiedział. Jeśli ogień nie zniekształci mojej twarzy, być może na niej również spocznie po śmierci taki sam uśmiech. Tymczasem jednak jeszcze żyję i przed śmiercią chcę mówić do mego Boga jak zwykły, żywy człowiek, który ma ten wielki, lecz nieszczęsny przywilej, że jest Żydem.

      Jestem dumny, że jestem Żydem, ponieważ być Żydem jest trudno, bardzo trudno.

      Jestem szczęśliwy, że należę do najnieszczęśliwszego na ziemi narodu, którego Tora przedstawia najwyższą moralność i najpiękniejsze ze wszystkich praw.

      Wierzę w Boga Izraela, chociaż uczynił On wszystko, abym w Niego przestał wierzyć. Wierzę w Jego prawo, choć Jego czyny uważam za bezprawne. Mój stosunek do Niego to już nie stosunek sługi do pana, lecz ucznia do nauczyciela. Chylę się przed Jego wielkością, lecz nie będę całował rózgi, którą mnie siecze. Kocham Go, lecz Jego Torę kocham jeszcze bardziej. I nawet gdybym się pomylił co do Niego, Jego Tory strzegłbym nadal. Bóg to religia, a Jego Tora to sposób życia. Mówisz, że zgrzeszyliśmy. Oczywiście, zgrzeszyliśmy. Że ponosimy za to karę – również to mogę zrozumieć. Chcę jednak, abyś mi powiedział, czy świat zna grzech, który zasłużyłby na tak wielką karę?


      Mówisz, że ukarzesz za to naszych wrogów. Wierzę w to, nie wątpię, że ukarzesz ich bez litości. Chcę jednak, abyś mi powiedział, czy istnieje na świecie taka kara, którą można by odpokutować zbrodnie na nas popełnione?

      Powiesz może, że nie jest to teraz sprawa kary ani pokuty, że tylko odwróciłeś Swoje Oblicze i pozostawiłeś ich własnym popędom. Chcę Cię jednak zapytać, Boże, a pytanie to pali mnie jak pożerający ogień: co jeszcze ma się stać, abyś na powrót zwrócił ku nam Swoją Twarz?

      Chcę Ci powiedzieć jasno i otwarcie, że teraz bardziej niż w jakiejkolwiek innej epoce naszej nieskończonej drogi cierpienia – my, udręczeni, zhańbieni, zdławieni, my, żywcem pogrzebani i żywcem spaleni, my, obrażani, poniżani, mordowani tysiącami – mamy prawo wiedzieć, dokąd sięgają granice Twojej cierpliwości.

      I jeszcze jedno chcę Ci powiedzieć: nie powinieneś tak bardzo napinać sznura, bo może się – uchowaj Boże – zerwać. Pokusa, przed którą nas postawiłeś, jest tak ciężka i gorzka, że powinieneś i musisz przebaczyć tym z Twojego ludu, którzy w nieszczęściu i zwątpieniu odwrócili się od Ciebie.

      Przebacz tym, którzy w nieszczęściu odwrócili się od Ciebie, ale także tym z Twojego ludu, którzy odwrócili się od Ciebie w szczęściu. Związałeś nasze całe życie z tak gorzką i nieustanną walką, że tchórzliwsi spośród nas musieli się z tej walki wycofać i uciekli tak prędko, jak tylko ich nogi potrafiły unieść. Nie bij ich za to – tchórzy się nie bije, dla tchórzy ma się litość. Miej dla nich więcej litości, o Boże, niż dla nas.

      Przebacz również tym, którzy bluźnili Twemu Imieniu, którzy zaczęli służyć innym bogom, którzy byli wobec Ciebie obojętni. Chłostałeś ich tak bardzo, iż nie wierzą już, że jesteś ich Ojcem, nie wierzą, że w ogóle mają Ojca.

      Mówię Ci to wszystko, ponieważ wierzę w Ciebie, ponieważ wierzę w Ciebie bardziej niż kiedykolwiek, ponieważ wiem teraz, że jesteś moim Bogiem, bo nie możesz być Bogiem tych, których postępki są straszliwym wynikiem ich wojowniczej bezbożności.

      Jeśli nie jesteś moim Bogiem, to czyim Bogiem jesteś? Bogiem morderców?

      Nie mogę chwalić Cię za zło, które dopuszczasz. Ale błogosławię i chwalę Cię za Twoją straszną wielkość, która musi być potężna, nawet jeśli to, co się teraz dzieje, nie robi na Tobie wrażenia.

      A właśnie dlatego, że jesteś tak wielki, a ja taki mały, proszę: ostrzegam Cię w Imię Twoje! Przestań okazywać Swoją wielkość przez bicie nieszczęśliwych!

      Nie proszę Cię też o to, abyś bił winnych. W straszliwej naturze wydarzeń leży to, że oni sami siebie będą bić do końca. Przez naszą śmierć zostało bowiem zamordowane sumienie świata, ponieważ świat został zamordowany w morderstwie Izraela!

      Mordercy sami na siebie wydali wyrok i nie ujdą przed nim. Ale Ty musisz wydać wyrok – podwójnie surowy – na tych, którzy mord przemilczają.

      Tora mówi, że złodzieja należy karać surowiej aniżeli zbójcę, chociaż złodziej nie napada na swoją ofiarę, lecz popełnia przestępstwo w cichości. Zbójca napada na swą ofiarę w biały dzień i nie boi się ani ludzi, ani Boga. Złodziej natomiast boi się ludzi, lecz nie boi się Boga i dlatego musi być ukarany surowiej niż zbójca. Nie dotknie mnie to, jeśli będziesz morderców traktował jak zbójców, bo mają ten sam stosunek do Ciebie i do nas; i nie ukrywają swoich mordów ani zbrodni.

      Ale tych, którzy mord przemilczają, którzy boją się nie Ciebie, lecz ludzkiego gadania, głupców, którzy nie wiedzą, że ludzie wcale nie będą mówić o tych, którzy choć litują się nad tonącym, jednak go nie ratują – tych wszystkich, zaklinam Cię, Boże, tych ukarz jak złodziei.

      Śmierć nie może na mnie czekać, muszę już przestać pisać. Ogień na wyższych piętrach słabnie z minuty na minutę. Giną teraz ostatni obrońcy naszej twierdzy, a z nimi ginie wielka, piękna, bogobojna, żydowska Warszawa. Słońce zachodzi, a ja dziękuję Ci, Boże, że nie zobaczę już jego wschodu. Czerwony blask wpada przez okno, a kawałek nieba, który widzę, jest czerwony i płynny jak kaskada krwi!

      Najpóźniej za godzinę połączę się z żoną i dziećmi, i z milionami moich współwyznawców w lepszym świecie, gdzie nie ma już żadnych wątpliwości i gdzie Bóg jest jedynym Panem.

      Umieram spokojnie, ale nie zaspokojony; pobity, ale nie w rozpaczy; wierzący, ale nie modlący się; zakochany w Bogu, ale nie powtarzający ślepo: amen, amen.

      Szedłem za Nim, chociaż odepchnął mnie od siebie, wypełniałem Jego przykazania, chociaż mnie za to uderzył, kochałem Go, byłem i jestem w Nim rozmiłowany, choć mnie poniżył, zadręczył na śmierć, wystawił na drwiny i hańbę.

      Mój rabin opowiadał mi często historię o pewnym Żydzie, który z żoną i z dzieckiem uszedł przed hiszpańską inkwizycją i w małej łódce płynął po burzliwym morzu ku skalistej wysepce. Uderzył piorun i zabił mu żonę, fala porwała dziecko w głębiny morza. Sam jeden, nędzny, nagi i bosy, chłostany burzą, przerażony błyskawicami i grzmotem, ze splątanym włosem i wzniesionymi ku Bogu rękami, poszedł Żyd dalej swoją drogą po skalistej pustyni wyspy, mówiąc do Boga: Boże Izraela, uciekłem tutaj, aby móc służyć Tobie bez przeszkód, aby wypełniać Twoje przykazania i wielbić Imię Twoje! Ty jednak uczyniłeś wszystko, abym w Ciebie nie wierzył. Jeśli sądzisz, że uda Ci się zwieść mnie z mojej drogi, to mówię Ci, Boże mój i Boże Ojców moich, nie uda się Tobie. Możesz mnie chłostać, odebrać mi, co mam na świecie najlepszego i najdroższego, możesz mnie na śmierć zadręczyć – ja będę zawsze w Ciebie wierzył.

      Będę Cię zawsze miłował – Tobie samemu na przekór! To moje ostatnie słowa do Ciebie, mój gniewny Boże: nie uda Ci się! Uczyniłeś wszystko, abym w Ciebie nie wierzył, abym o Tobie zwątpił! Ja jednak umieram tak, jak żyłem, w niewzruszonej jak skała wierze w Ciebie.

      Pochwalony niech będzie na wieki wieków Bóg umarłych, Bóg zemsty, Bóg prawdy i Bóg prawa, który wkrótce znów ukaże swoje oblicze światu, a wszechmocnym głosem wstrząśnie jego posadami. Słuchaj, Izraelu, Wiekuisty jest naszym Bogiem, Wiekuisty jest jeden i jedyny!

      przełożyła Janina Fenrychowa


      Wiem, że wszystko możesz
      I że nie istnieje dla Ciebie zamiar,
      Którego nie mógłbyś wykonać.
      Któż jest ten, który nie mając rozumu,
      Zamiary Twoje zaciemnia?
      Oto mówiłem, ale niczego nie rozumiałem.
      Przedziwne to są sprawy i nie umiem ich pojąć.
      O, wysłuchaj mnie, a będę mówił.
      I zapytam Ciebie, a Ty mi objaśnisz.
      Dotychczas tylko słuchem słyszałem Ciebie,
      Ale teraz moje oczy Ciebie ujrzały.
      Przeto wszystko odwołuję
      I pokutę czynię w pyle i prochu.

      Z Księgi Hioba w przekładzie Romana Brandstaettera

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 00:54
    • FILM „Melancholia” reż. Lars von Trier (kwiecień 2013)

      Dzisiaj w telewizji  w "Kocham kino" Melancholia Lars von Triera - lubię ten film.

      Nie dostrzegamy często, rzeczy, zdarzeń których pewna sekwencja prowadzi do nas do określonego finału. Wszystko przecież jest jasne, wystarczy połączyć fakty by dojść do jednoznacznych wniosków. Ale wolimy nie dostrzegać, łudzić się, że będzie inaczej.

      Tak jak w "Melancholii" Larsa von Triera - świat zniknie, wiemy to od początku, jednak bohaterowie oszukują się. Oszukują się, pomimo, że z każdym dniem ciemny okrąg planety zwanej Melancholią staje się większy. Prawdę zna, a w zasadzie odczuwa tylko jedna bohaterka Justine. ...

      U mnie jest podobnie. Chociaż ten mój świat jest znacznie mniejszy, dotyczy tylko mojego wnętrza i emocji Staram się nie dostrzegać tej ciemnej strony, która mnie silnie przyciąga, fascynuje.

      Jeżeli założyć, porównawczo do wspomnianego filmu, ze ta ciemna strona jest planetą, to zastanawiam się jak ją nazwać. 

      Nemezis ?   Ciemna strona nazwana imieniem bogini przeznaczenia ?

      Czy przeznaczenie jest nieuchronne ?

      Moja autodestrukcja...

      Staram się z tą moją  ciemną stroną walczyć. Przez ostatni tydzień wydawało mi się, że z mrocznym elementem mojej osobowości,   daję sobie całkiem dobrze radę,

      Mrzonki. Dzisiaj niespodziewanie, znowu wejrzałam w siebie. Zrobiłam to przypadkowo, niespodziewanie - to co zobaczyłam, ponownie wybiło mnie z rytmu, zburzyłam swój wewnętrzny spokój. 

      Niby nic się dzisiaj  nie stało, ale boję się, co może się  dokonać ... 

      Nie poddaję się jednak, stąd te truskawki, wiśniówka w kieliszku, M. blisko, kot obok. Staram się, pozytywnie nastrajać ... 

      "Nemezis"  tak niedaleko...  

      Liczę, że  nie ulegam złudzeniom, że mój świat nie ulegnie zagładzie... 

      Ze mam szansę ...

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 00:53
    • Kazimierz Górny „Dwa brzegi” - 2013 . (Filmy, spotkania, kulinaria i … )





      Jestem na urlopie, brakuje mi  czasu na pisanie. Czuję potrzebę opisywania  fragmentów rzeczywistości - ale wydarzenia, chwile tak szybko biegną, cały czas się coś dzieje - nie mam kiedy  pisać





      Wczoraj (czytaj wtorek) nawet,  swoje obserwacje, przemyślenia, wszystko to co mnie spotkało spisywałam na kilku paro centymetrowych kartkach w herbaciarni u Dziwisza.





      Szkoda ze nie możemy sobie podpiąć Pamięci  2.0 do własnego  ośrodkowego układu nerwowego, ale nie chodzi by był to suchy zapis wydarzeń, zależy mi bardziej na emocjach, to co czułam w danej chwili. Po roku, gdy mi, źle można by wrócić do danego dnia, gdy byłam szczęśliwa i ponownie wgrać w siebie identyczne emocje, doznania. 





      Pewnie, niektóre fragmenty będę wolała  skasować, wcześniej, nie do wszystkiego, zwłaszcza jak bolało, będę wracać, albo może jednak nie, może warto pewne doświadczenia potraktować jak ostrzeżenie na przyszłość - co lepsze ? 





      Wracam do soboty, chociaż to było wieku temu. Wieczorem wpadamy do naszych znajomych. To gospodarz niedawno proponował mi wyjazd do Afryki. Trochę o tym rozmawiamy. To długi okres, może nic z tego nie będzie, na pewno trzeba się będzie odpowiednio przygotować. Ma  przyjechać parę osób zaangażowanych w akcje charytatywne. Zaprosi mnie abym z nimi porozmawiała. Ale ze wzgledu na planowany okres, na razie  wszystko pozostaje w sferze fantastyki.





      W poniedziałek zaczynamy mocnym akcentem  spotkaniami z dwoma pisarzami i świetnym filmem "Miłość" Kino pod chmurką. Siedzę "prawie jak" w pierwszym rzędzie.  Znajduje pudełko po owocach kiwi z grubego kartonu, świetnie się na nim siedzi. M. łapie się na ostatnie wolne krzesło. 





      Pudełko "made in Chile". Fascynują mnie podróże przedmiotów, wyobrażam kto je dotykał, skąd wzięto materiały do produkcji, jaką drogę przeleciały, przepłynęły. Ciekawe kim była ta osoba, która pakowała do kartonu owoce kiwi. 





      Teraz o filmie





      "Miłosz" film o przemocy wobec kobiety , o gwałcie, ale nie tylko z pozycji skrzywdzone j kobiety, ale również ze strony męża. Kocha swoją zonę, ale nie daje sobie z tym radę. Mentalny stereotyp "skoro ja zgwałcono, to też musiała być Jej wina, musiała w jakiś sposób na to przyzwolić" powoli demontuje związek. Mocne, dobre kino. Ja przy okazji dostrzegam, kolejny raz własne charakterystyczne zachowanie - nie potrafię spoglądać na gwałt. Zawsze zamykam oczy przy tego typu scenach. Nie dotyczy to ogólnie przemocy, tylko gwałtu. Szkoda, ze nie chodzę na psychoterapię, chętnie bym zapytała, dlaczego tak się, właśnie  zachowuję. . Mam swoja prywatną teorię na ten temat.





      W drugim dniu oglądam piękny film Pawła Trzaskalskiego "Opowieść Wigilijna" ciepły film o dwóch planetach na których mentalnie mieszkamy. Mars i Wenus - odległość, różne spostrzeganie świata, emocjonalność,  powoduje, że tak   trudno się w związkach jest  porozumieć.





      Na maturze nie uczą rozmowy z drugim człowiekiem, empatii - ważne są liczby, ułamki ale nie drugi człowiek. Dokładnie tak samo jak w naszej codzienności.  Mnóstwo ludzi, nie potrafi, ze sobą rozmawiać.





      Mieszkamy na Wenus, na Marsie, zamiast spotkać się na Ziemi. 





      Wcześniej w jednej z ulubionych knajpek  zamawiam pierogi ze szpinakiem oraz soczewicą.

      Na deser tort bezowy ze śliwkami oraz czekolada prawdziwa na gorąco.





      Tu nastąpiła przerwa. Poddałam się, nie nadążam.  





      To najdłużej popełniany wpis. Piszę niechronologicznie.





      Jest już piątek - zbliża się nieuchronnie koniec urlopu. Obawiam się przyszłości, czy sobie poradzę w pracy. Pisze o minionych dniach.





      Wczoraj obejrzany  film "Camil Claudel 1915" z Juliet Binoche w roli głównej. Nie mylić, proszę z filmem o podobnym tytule "Camil Claudel" z Sophie Marceau. Kameralny film, w zasadzie jednego aktora - wychodzę z filmu milcząc. 





      Postać Camil Claudel, jej rzeźby, nigdy nie widziałam ich na żywo, ale wydają się być tak niesamowicie dynamiczne, współczesne.











      No nie wiem, nigdy wcześniej specjalnie rzeźbą się nie interesowałam. Camil Claudel zainteresowałam się parę lat temu, dzięki mojej ulubionej piosenkarce Agnieszce Chrzanowskiej.











      Pisząc to, wracają do mnie wspomnienia, może właśnie dlatego, nie potrafię skończyć wpisu do dziennika. Wszystko co mnie ostatnio spotyka, natychmiast budzi jakieś moje wspomnienia, myśli. Wracam do przeszłości, bo pomimo jasnych chwil, mam uczucie schyłku, że  nic dobrego już mnie nie spotka. Że to koniec. Dalej możliwe  tylko porażki





      Z Agnieszką Chrzanowską spotkałam się kilka razy, na jej występach w Krakowie, w Chorzowie, spotkaniach promujących jej płytę. Między innymi, kiedyś tutaj w Kazimierzu Dolnym.





      Pierwsze spotkanie, pamiętam  doskonale w Empiku na śląsku, dzień przed tym jak rozpoznałam chorobę nowotworową z przerzutami u Taty.





      Wieczorem  kolejny dobry film "Dziewczyna z szafy" Bodo Koxa.  Łatwiejszy w odbiorze niż poprzedni. Mam skojarzenia z "Tańczącą w ciemnościach" z Bjork, czy z kinem skandynawskim, później czytam recenzję, gdzie również porównuje się ten film do kina ze Skandynawii.   Trudno mi porównać film tego reżysera do jakiegokolwiek innego krajowego filmu.  Coś nowego. Polecam





      Podróżuję tez kulinarnie, a wiec: 





      - chłodniki w kilku miejscach różne wersje





      -placki ziemniaczane przygotowywane trochę jak rosti





      - tort bezowy z rabarbarem





      -tort bezowy ze śliwkami  (chyba powtarzam się)





      -pierogi z soczewica





      -pierogi z bobem





      -pierogi z jagodami , wiśniami





      -knedle z truskawkami





      - pyszna zupa owocowa "U fryzjera".  Niestety prawdziwa  restauracja"U fryzjera" spłonęła w grudniu. Nowy właściciel ją odbudował, wszystko odnowione, nie ma już tajemniczego pokoju, o którym wiedzieli nieliczni, do którego wchodziło się przez szafę.  Zagubiono, jej niepowtarzalną atmosferę.  To obecnie jest jedynie  zwykła restauracja, jakich wiele w Kazimierzu. Zupa owocowa z malinami i jagodami, podawana na ciepło - pyszna. Ale nawet jak na jej smak i miejsce  cena beznadziejna. 





      W jeden dzień wpadamy do Puław. Spacerujemy po parku. Zwiedzamy pałac Czartoryskich, w zasadzie dwie komnaty.





      W naszym ulubionym centrum handlowym robimy zakupy. M. kupuje kilka  fajnych ciuchów do noszenia. Z jednej strony lubię chodzić z M. na zakupy, gdyż wybiera śliczne rzeczy, które nie są dla mnie, chociaż tak mi się podobają. Ale też, boli mnie gdy  w umyśle spoglądam na  siebie w oczywisty sposób a na zewnątrz jestem zafałszowana.





      Moje nastroje bardzo rożne. Obawiam się, ze moje kolo emocji, zatacza kolejny obrót, tylko atmosfera Kazimierza, wspólnego bycia z M. chroni mnie przed wejściem w czarna dziurę. 





      Sa chwile, gdy to co pisałam, niedawno, o tym co mam, jak powinnam się cieszyć z darów dla mnie, mogę potwierdzić, czasami, jednak chwyta mnie tak silny "ścisk".





      Zastanawiałam się jak go opisać, Nie potrafię, mój pierwszy opis  z wyobraźni to tak jakby jakiś tępy kołek, wbijał się powoli w serce. Kolejne porównanie to worek foliowy powoli, ale coraz mocniej uciskający serce - duszno. W sumie chyba jedno i drugie. Ból umysłu, trudniej  opisać, niż czysty ból fizyczny.. Sa chwile, gdy nie daje rady. Myśli suicydalne, które nawet trudno nazwać  świadomymi przemyśleniami,  sa  "krótkimi błyskami w umyśle" - na szczęście, i znikają. Ja wracam do rzeczywistości. Bywam czasami szczęśliwa ...  Mam tak od wielu lat.





      Wczoraj spędzony świetnie dzień w Lublinie. Duzo spacerujemy. Ja nigdy się nie przebieram, jak wiecie,  chodzę tak jak lubię, ostatnio nawet idę na większe kompromisy. Ale staram się pogodzić cały czas moje sprzeczne pragnienia, mojej zgody do wewnątrz, oraz nie wzbudzania sensacji na zewnątrz. 





      Wczoraj udaje mi się zachowując naturalność -być ta osoba którą przecież jestem. Tak mogę iść do miasta, do znajomych, nawet tych którzy o mnie nie wiedzą, czy do pracy. Zawsze jestem sobą. Tylko inne akcenty "odkrywam". Znajdujemy z M. śliczna kafejkę przy teatrze im. J. Osterwy. Dziewczyna która tam pracowała, współwłaścicielka, traktowała mnie tak jak lubię i  naturalnie. Nie spostrzegła się. Kocham takie chwile. Zamawiamy herbatę z owoców kawowca. Wracając jeszcze raz wstępujemy do knajpki - tym razem zamawiamy lemoniadę różaną. Słuchamy muzyki z winylowych płyt. Dobrze, przez chwile być sobą. To są momenty, nieprawdopodobnie energetyzujące mnie.











      M. kupuje sobie  sukienkę , idziemy na wesele, oraz buty panterkowe, tak jakby na obcasie bardzo wysokim, ale bez obcasów. Odlot. 





      Niedziela. - dalej kontynuuje wpis, jest 7 rano. 





      W piątek, no właśnie co w piątek ? Nie pamiętam, może to było w czwartek , a może w środę. Zgubiła mi się chronologia. Wieczorem teatr cyrkowy "Pandora" 





      Nie lubię cyrków, ze względu na zwierzęta tam grające. Gdyby nie spotkane rano, na Kazimierskim rynku magiczne postacie, to straciłabym coś interesującego. 





      Powrót do nie istniejącego świata dzieciństwa. Nazwa cyrk,  odstrasza, niepotrzebnie  bo  tu nie ma zwierząt. Wszystko ma sens - to taki teatr uliczny. Bardzo dobry dobór muzyki. Bierzemy aktywny udział w przedstawieniu. W sierpniu będzie występować w Lublinie na festiwalu ulicznych teatrów.





      Aha w piątek rano  zwiedzamy stary  cmentarz żydowski - nieliczne maceby w lesie. Pomnik "Ściana płaczu, wykonana z maceb, którymi wybrukowano drogę do siedziby gestapo, w czasie wojny. Przed drugą wojną światową w Kazimierzu żyło ponad 50 % Żydów, obecnie nie ma ani jednej rodziny. Tylko kamienie, położone na macebach, które ocalały, świadczą, że Żydzi odwiedzają ten cmentarz.  W miejscu tym wykonywano również  egzekucje. Biorę kamyk z ziemi, kładę na jednej z maceb - dla Wszystkich tutaj.





      Czas opisać wczorajszy dzień (piszę to w niedzielę)





      Przede wszystkim - film. 
      "W kręgu miłości" Tytuł angielski jest mi bliższy "The broken circle breakdown" Najlepszy film który obejrzałam w tym roku. Śmiech, muzyka, drobne radości i te większe, miłość, choroba, tragedia ... Takie jest nasze życie. Główna bohaterka mówi, po tragedii która ją spotkała mówi, mniej więcej, nie dosłownie "Zawsze wiedziałam, że tak się stanie, życie nie może być tak szczodre, to musiało się tak skończyć" Skąd ja znam te ciągłe przeczucie, że prędzej czy później "wszystko się zawali". Wyjątkowo bliska, jest mi główna bohaterka. Jej postrzeganie realności.  Gdy przyleciał, do niej ptak ... Pamiętam sarnę ... . Chyba ją rozumiem, jej wybory, gdy wszystko się rozpadło...  Film obejrzę wielokrotnie.




      Zdjęcia, filmy umieszczę w galerii, również trailery.





      Jedziemy do Puław. Robimy znowu parę zakupów. M. kupuje między innymi śliczne bransoletki. Widzę jedna bluzkę w Monnari, odpowiednia dla mnie i przede wszystkim bardzo mi się podoba. M. to dostrzegła, namawia na zakup, chyba dostrzegła mój smutek. Kupuję. Ponieważ mam odpowiednie kolorystycznie, spodnie, buty i bransoletki ubieram ja natychmiast. Niby to nic ważnego, a czuje się od razu lepiej. Zwłaszcza, że dzień wcześniej, już po Lublinie,  dla M. zrobiłam duży kompromis w swoim wyglądzie, wiem ze było wszystko jak należy, koszula w kratkę biało granatowa, białe spodnie, buty granatowe z jasną podeszwą  , srebrny zegarek Maurice Lacroix, bransoletka srebrna "marsjańska" z aparta, oprawki stylowe białe - nie wyglądało źle, ale to nie byłam niestety ja. Psychicznie, czuję się potem strasznie  zmęczona. Wiem, że możecie uważać, że  zbyt dużo przykładam wagi do ubrań, ale nie nosicie przyklejonego na stałe skafandra...





      M. to dostrzegła. Stad tez mój zakup.  Zastanawiam się, jadąc samochodem z Puław, jak mocno M. mnie kocha, skoro kupuje mi  taki prezent. Przypomina mi się scena z filmu "Na zawsze Laurence" gdy główna bohaterka wykrzykuje do swojej przyjaciółki, że nie może Ona  wiedzieć, co to znaczy kupować dla najbliższej osoby ... Bardzo mocno, musi kochać. Mam świadomość, że nie jest M. łatwo.





      Z Puław jedziemy do Nałęczowa. Zwiedzamy Willę Różaną. Siadamy przy stoliku, obok fontanny, zamawiamy po soku. M. zamawia deser amaretto z espresso i z lodami. Ja tylko kosztuję, prowadzę  bowiem samochód. Sympatyczny kelner robi nam zdjęcia. Ponieważ smartfonem klikam, że lubię to miejsce - deser otrzymujemy za darmo. A miejsce naprawdę lubię. Aha bluzka rewelacyjna, świetnie się czuje, wyglądam nieźle i naturalnie.





      Aha wcześniej spotkanie autorskie w "wakacyjnym" Empiku w Kazimierzu. Kolejne.  Gubią mi się te spotkania. Wcześniej Maria Wiernikowska, teraz Ryszard Kalisz. Sporo na ominęło, nie można być wszędzie.





      Spacerując po Kazimierzu, odkrywam galerię obrazów jednej malarki Pani Giza-Kwiecień. Wszystko w pastelowych kolorach. Kolejna miła rozmowa, chyba z partnerem malarki.





      Obok "Restauracja Artystyczna" klimatycznie bardzo francuska - w tle piosenki francuskie. W menu - zupa cytrynowa. Interesująca, jeszcze nie jadłam. Ale nie dam rady, ile można jeść 





      Spacerując, odwiedzamy pensjonat "Vincent" Trochę się zmieniło, nadal bardzo elegancka, ale właśnie, podobnie jak restauracja "U fryzjera" coś zgubiła, Jest jak pięć gwiazdkowy hotel - wszystko, jak należy,  ale nie ma w tym atmosfery, serca...





      Piszę dalej wieczorem w niedzielę. Jeszcze pospacerowałam z M. w Kazimierzu. Odwiedzamy ponownie galerię Pani Giza - Kwiecień,  kupujemy dwa niewielkie obrazki. Wpadamy na herbatę do Dziwisza. Mam marzenie, by za rok znowu tu przyjechać, usiąść przy ulubionym stoliku, z lampką która jest uwidoczniona od początku jak tu jestem na moim awatarze.  Tylko czy mi to będzie dane ?  (dot. zdjęcia w dziennikach Twojego Stylu)



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 00:52
    • FILM „Na zawsze Lawrence” reż. Xavier Dolan (maj 2013)

      Mogłam wreszcie na spokojnie obejrzeć cały film Xaviera Dolan "Na zawsze Laurence". 





      W chwilach stresu, gdy czuje, ze nie daje rady szczególnie silnie narastają we mnie pragnienia alternatywnej rzeczywistości. Bez odpowiedzialności za inne osoby.  Z prostymi obowiązkami dnia codziennego. Jak odpowiedziała główna bohaterka filmu na zadane pytanie "czy warto było ?" Tak odpowiada - codziennie się budzę rano, spoglądam w lustro i widzę siebie. Tak obudzić się rano ...

      Ale taka rzeczywistość nigdy nie mogła się zdarzyć . Nie miałam szans. Znowu przypomina mi się sytuacja z mama, gdy mnie nakryla . Coś się zmieniło ? Byłam u psychologa ? Nie, przecież takiego zdarzenia nie było, nikt nic nie widział. Nie rozmawiano ze mną, nie wyjaśniono. 

      Miałam od początku przegrane...

      Laurence tez próbuje się odnaleźć w tym zero-jedynkowym świecie. Znajduje jedyna niepowtarzalna miłość swojego życia .  Chyba znam taka historie z życia ...  

      Jednak pragnienie, chęć zrozumienia siebie zwycięża . Dla mnie szczególnie istotna jest reakcja partnerki bohatera. Szok, próba zrozumienia, chęć bycia razem, miłość zwycięża . Nie ma jednak tak prosto. Nawet tam,  w Kanadzie stereotypy, uprzedzenia zwyciężają . Otoczenie nie akceptuje inności. Odmieńcy wszędzie maja p.... . 

      Trudności narastają. Przyjaciółka Laurence kocha go pragnie, ale zakochała się w mężczyźnie . Żal mi jej, podejmuje walkę ale nie wszystko może zaakceptować . Rozumiem jak mało kto również pragnienia Laurence.  Zapytana czy wygląd jest dla niej ważny odpowiada "nie wiem, ale czy powietrze które wdychasz do płuc jest dla ciebie ważne" Jakie to prawdziwe !

      Laurence się zdecydowała , zniszczyła miłość, związek dla miłości własnej . Nie oceniam, znam sile pragnień. Jest sobą, żyje druga połowa życia kobiety - mówi . Jak każda kobieta ... Tak, ale co warta jest druga połowa życia bez tej pierwszej . Właśnie, co jest warta ? Nie wiem, ale w jakimś stopniu jej zazdroszczę, chociaż chyba nie jest szczęśliwa. Fred partnerka Laurence nie jest szczęśliwa na pewno. Pomimo prób nie zbudowała trwałego kolejnego związku.

      Ja wybrałam inna drogę , chociaż moja fizyczność pozwoliłaby mi się schować w tłumie . (...)

      Film dla mnie bardzo ważny,  świetny wizualnie i muzycznie. Jedyna rzeczą jaka bym zrobiła to skróciła z 2,5 godzin do półtora .

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 00:41
    • „Przelotni kochankowie” reż. Pedro Almodóvar. (listopad 2013)

      Obejrzany film - „Przelotni kochankowie” Pedro Almodóvara.

      Znam znacznie lepsze dzieła tego reżysera

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ada-toniewypada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 00:38